Wspomnienia z Podhala

Ten wpis poświęciłam wspomnieniom z naszej ostatniej krótkiej wycieczki, jednak nie mogę Wam nie podziękować za to, że on się tu w ogóle pojawił. Ogromnie Wam więc dziękuję, za tak cudowny i miły odbiór pomysłu zamieszczania postów lifestylowych na moim blogu. Mam nadzieję, że będziecie czuć się tu tak samo dobrze i ciepło jak na moim instagramie. Wracając już do tematu dzisiejszego wpisu…

Oboje z moim mężem doszliśmy do wniosku, że krótkie ale intensywne wycieczki są dla nas idealne. Pomysł na wyjazd w góry na narty chodził za nami już od grudnia. Początkowo mieliśmy udać się z przyjaciółmi do Włoch, jednakże nasze plany musiały się zmienić ze względu koronawirusa. Osobiście poddałam się już w planowaniu różnorakich wycieczek na najbliższy czas, ponieważ nie chciałam się rozczarowywać. W naszym 2 osobowym teamie to ja nigdy nie odpuszczam i zawsze chodzę za Maksem z nowymi pomysłami na wyjazdy. Tym razem było całkowicie odwrotnie. Maks codziennie kazał mi oglądać widoki gór na YouTube, codziennie sprawdzał pogodę i komunikaty w wiadomościach. W końcu się udało! Z dnia na dzień zebraliśmy ekipię znajomych i zorganizowaliśmy 4 dniowy wyjazd.

1/ Zapakowaliśmy ekipę w busa i ruszyliśmy podbijać góry. 2/ Nasz niezawodny team. 3/ Ogarnęło nas zimowe szaleństwo. 4/ Z tego wyjazdu wróciłam jako jeden wielki oscypek.

Początkowo naszą bazą noclegową miał być Szczyrk (i całe szczęście, że tam nie pojechaliśmy, ponieważ ilość ludzi by nas przytłoczyła) jednak znalezienie wolnego domku graniczyło z cudem, dlatego wybraliśmy się w okolicę Białki Tatrzańskiej. Powrót na stoki Białki Tatrzańskiej był dla mnie bardzo sentymentalny, ponieważ jako dziecko właśnie tam zaczynałam swoją przygodę na nartach razem z rodzicami. Byłam również w ogromnym szoku jak bardzo zmieniło się tamto miejsce na plus przez lata.
I tutaj chciałabym wtrącić kilka informacji na temat przestrzegania zasad sanitarnych na stokach, ponieważ pojawiło się w tym temacie wiele pytań. Na stokach obowiązywał nakaz zakrywania ust i nosa, jednak jak wszędzie część osób się do tego stosowała a część nie. W kolejkach ostawione były specjalne “lejki” z siatek aby usprawnić utrzymanie 2 metrów odstępu, jednakże gdy ktoś chciał zachować odstęp zostawał od razu przepychany dalej. Świetnym rozwiązaniem egzekwującym noszenie maseczek było wprowadzenie systemu monitorującego, który blokował karnety osobom, które nie stosowały się do zaleceń :). Wiedzieliśmy z czym może wiązać się wyjazd na narty w dzisiejszych czasach, dlatego uważaliśmy najbardziej jak mogliśmy. Zakrywaliśmy usta i nos, w kolejkach utrzymywaliśmy większe odstępy, na kanapy staraliśmy się siadać tylko w naszych grupkach, postawiliśmy na wyjazd na tygodniu tak aby uniknąć dużych skupisk ludzi, gorące posiłki gotowaliśmy sami a wszystkie inne pyszności (czytaj oscypki) jedliśmy na zewnątrz.

1/ Rano gdy jeszcze wszyscy spali zakradałam się w ten kącik i podziwiałam widoki. 2/ Przystanek na szybkie zagrzanie łapek i brzuszka. 3/ Na to zawsze znajdę chwilę. 4/ W oczekiwaniu na herbatę.

Poranki z takim widokiem to magia! Zależało nam na budżetowym wyjeździe dlatego szukaliśmy domku w dobrej cenie, ale klimatycznego. Zatrzymaliśmy się tu. Domek jest malutki ale klimatyczny.

1/ Halo widzę Was cwaniaczki. 2/ Wejście na 2 piętro z takimi zakwasami było niczym wyprawa na K2. 3/ Zimowe ognisko chodziło za mną od grudnia i w końcu się udało! 4/ Przystanek na oscypka.

Cudownie było poczuć chwilowo tą normalność, gdzie ludzie od siebie nie uciekają i można zmienić chociaż na trochę otoczenie. Czuliśmy się trochę jak małe dzieci, kiedy robiliśmy wojnę na śnieżki, rzucaliśmy się w zaspy śniegu czy po prostu schodziliśmy ze stoku żeby popatrzeć przed siebie w ciszy. Radość w oczach Maksa po całym dniu na stoku była nie do opisania – dla mnie większą frajdą było widzieć go takiego spełnionego niżeli samo szusowanie na stoku. Tak jak wcześniej wspomniałam M przed wyjazdem namiętnie oglądał filmy ze stoków na YouTube i wpadł na świetne kanały dla osób, które uczą się jeździć lub chcą udoskonalić swoją jazdę na desce, które serdecznie wam polecamy – Snowboard AddictionSiema Banda. Ja jeżdżę już wiele lat, ale kilka rad przedstawionych na tych kanałach zastosowałam i zauważyłam olbrzymią równicę.

1/ Bitwa na śnieżki i tarzanie się w śniegu! 2/ Czy można kupić karnet osypkowy? 3/ Poranne selfie. 4/ Słodycz mojego życia.

Na podwórku naszego domku mieliśmy niesamowicie klimatyczną altanę i miejsce na ognisko

1/ Na stoku można ogrzać się w małej chatce przy karczmie. Na szczęście udało nam się nie dzielić jej z nikim. 2/ Ty kochanie zjedź a ja musze załatwić baaardzo ważną sprawę. 3/ Chwila odpoczynku i na stok! 4/ Wełniane szaleństwo.

1/ Odpoczynek. 2/ Chyba już nie będę ich podpisywać 😀
3/ Zawodowy kucharz w naszej ekipie to złoto! 4/ Zimowy skrzat.

Chwilę później leżałam na ziemi…

Chwilowy przystanek w Dolince Chochołowskiej.

Po kilku dniach jazdy na stokach, chcąc wycisnąć urlop jak cytrynkę ruszyliśmy na Dolinę Chochołowską. Z naszej bazy noclegowej jechaliśmy do niej około 40 minut. W swoim podróżowaniu jak do tej pory mamy olbrzymie szczęście, tym razem udało nam się zdążyć zobaczyć Dolinę Chochołowską w cudownej zimowej odsłonie tuż przed odwilżą. Szliśmy najczęściej uczęszczanym szklakiem do schroniska. Droga spokojnym tempem zajęła nam około 1,5 h w jedną stronę. Widoki, które mijaliśmy sprawiały że cała się trzęsłam (mogliście to zobaczyć na jednym z udostępnionych filmików na instastory). Oblepione wysokie drzewa śniegiem, szum strumienia i skrzypiący cukier puder pod nogami to MAGIA! Uśmiech nie schodził mi z twarzy, nawet wtedy gdy dostałam leciutkiej zadyszki podchodząc pod końcowy odcinek drogi. Dolinka jest niesamowicie spokojna i cichutka – idealna na wyciszenie. Po drodze spotykaliśmy całe rodziny z maluszkami na sankach czy w plecakach, a to idealnie świadczy o tym, że szlak jest bardzo prosty nawet zimą i można śmiało wybrać się na niego na rodzinną wycieczkę. Olbrzymim plusem dla nas było to, że do Doliny Chochołowskiej można wejść z psiakiem! Tym razem Leoś nie był z nami na wyjeździe, ale na przyszłość gdy będziemy chcieli wrócić tam np. wiosną wiem, że możemy go zabrać ze sobą. Ci, którzy podróżują z psiakami wiedzą, że mało jest miejsc gdzie można zabrać swojego pupila ze sobą.

Stałam i podziwiałam.

1/ Słońce nas rozpieszczało! 2/ Ciepła herbata w schronisku i dalej w drogę. 3/ Mogłabym tak iść godzinami.

Chciałam zatrzymywać się co chwilę!

Z urlopu wróciliśmy cali obolali z zakwasami, ale właśnie w taki sposób uwielbiamy spędzać wolny czas! Już powoli w głowie snuję plany na kolejne małe wyjazdy po Polsce, ale zobaczymy czy będzie to możliwe. Oby.

***

Udostępnij

8 thoughts on “Wspomnienia z Podhala

    1. Ogromnie dziękuję za ten komentarz Kornelia! Buzia mi się raduję, że wpis przypadł Ci do gustu, bo nie ukrywam, że lekko się stresowałam czy będzie się on Wam podobał! 🙂

        1. Martynko! Jestem Ci wdzięczna za te słowa. Cieszę się, że podróżowałaś razem z nami. To ogromny komplement dla mnie! Śmiało po tym wyjeździe mogłabym nazwać się oscypkową królową 😀

    1. Pani Iwonko moje serce się raduje ❤️ Co do sweterków to nie rozstaje się z nimi całą zimę, a co najfajniejsze znalazłam je w lumpeksach za dobre pieniądze ☺️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *